Jeśli w pamięci został drewniany płot, kłótnia o miedzę i domy stojące pośród szerokich pól, łatwo założyć, że film kręcono gdzieś na dawnych Kresach. Właśnie wtedy pojawia się najczęstszy błąd: plener „Samych swoich” powstał głównie na Dolnym Śląsku, a nie tam, gdzie rozgrywa się początek historii. To ważne, bo lokalizacje filmu bardzo dużo mówią o realiach powojennego przesiedlenia i o tym, jak polskie kino budowało wiarygodny świat bez wyjazdu na prawdziwe Kresy. Najkrótsza odpowiedź brzmi więc tak: najważniejszym miejscem zdjęć były okolice Wrocławia, przede wszystkim Dobrzykowice. Reszta to już ciekawa historia o tym, jak plener filmowy potrafi zastąpić całą geograficzną mapę.
Najważniejsza lokalizacja: Dobrzykowice pod Wrocławiem
Gdy pada pytanie, gdzie nagrywano „Samych swoich”, najczęściej trzeba zacząć od Dobrzykowic. To właśnie ta miejscowość i jej okolice są najmocniej związane z filmowym światem Kargula i Pawlaka. Wieś leżała na tyle blisko Wrocławia, że dawała ekipie wygodny dostęp do zaplecza produkcyjnego, a jednocześnie wyglądała wystarczająco „wiejsko”, by zagrać osadę z pierwszych lat po wojnie.
Nie chodziło wyłącznie o jeden dom czy jeden kadr. Potrzebna była cała przestrzeń: pola, drogi, zabudowania gospodarcze, ogrodzenia, obejścia. Film opiera się przecież nie tylko na dialogach, ale też na geograficznym poczuciu sąsiedztwa. Konflikt między rodzinami działa dlatego, że wszystko dzieje się niemal „przez płot”. Taki układ łatwiej było znaleźć i zorganizować właśnie w dolnośląskim krajobrazie niż w zupełnie nowej, studyjnej dekoracji.
Dobrzykowice uchodzą za najważniejszy plener „Samych swoich”, bo to tam odtworzono powojenną wieś, do której trafiają bohaterowie po przesiedleniu.
Dla widza, który ogląda film po latach, może to być lekkie zaskoczenie. Historia zaczyna się przecież jeszcze na dawnych wschodnich terenach przedwojennej Polski, ale kino nie zawsze pracuje wprost na mapie. Czasem ważniejsza od zgodności geograficznej jest zgodność nastroju, układu przestrzeni i tego, jak miejsce „czyta się” w kamerze.
Dlaczego akurat Dolny Śląsk tak dobrze zagrał tę historię
Wybór Dolnego Śląska nie był przypadkiem. Po wojnie region stał się naturalnym tłem dla opowieści o przesiedleniach, bo właśnie tam trafiało wielu nowych osadników. To nie była tylko wygoda produkcyjna. To było miejsce, które już samo w sobie niosło sens tej historii: nowe życie, obce domy, gospodarstwa przejmowane po poprzednich mieszkańcach, budowanie wszystkiego od początku.
W filmie bardzo dobrze działa kontrast między „starym” porządkiem wyniesionym z Kresów a „nowym” miejscem, w którym dawni sąsiedzi próbują ułożyć sobie życie. Dolnośląska wieś nadawała się do tego idealnie, bo miała inny charakter zabudowy niż wsie centralnej Polski. Nawet jeśli widz nie nazywa tego wprost, to czuje, że to przestrzeń po przejściu historii, a nie sielankowa, neutralna prowincja.
Znaczenie miała też praktyka filmowa tamtych lat. Ekipa potrzebowała miejsca dostępnego logistycznie, z dobrym dojazdem i możliwością organizacji zdjęć plenerowych bez wielkich kosztów. Wrocław i jego okolice dawały taki komfort. Dzięki temu można było połączyć autentyczny krajobraz z produkcyjną sprawnością.
- realizm powojennej wsi po przesiedleniach,
- bliskość zaplecza filmowego we Wrocławiu,
- odpowiedni układ zabudowy i pól,
- możliwość odtworzenia kilku etapów historii w jednym regionie.
Czy sceny kresowe też powstawały na miejscu akcji?
Tu warto oddzielić filmową iluzję od dosłownej geografii. Akcja części scen prowadzi na dawne Kresy, ale nie oznacza to automatycznie, że ekipa jechała tam ze sprzętem i kręciła w rzeczywistych lokalizacjach fabuły. W praktyce polskie kino bardzo często budowało takie światy w innych częściach kraju, korzystając z plenerów, które dawały podobne wrażenie przestrzeni i wiejskości.
W przypadku „Samych swoich” istotniejsze od dosłownego odwzorowania mapy było oddanie charakteru życia na wsi: szerokiego krajobrazu, prostych gospodarstw, lokalnej wspólnoty i napięcia między sąsiadami. Dlatego filmowy świat jest spójny emocjonalnie, nawet jeśli nie odpowiada jeden do jednego rzeczywistym miejscom z opowieści.
To zresztą jeden z powodów, dla których film tak dobrze się starzeje. Nie ogląda się go jak pocztówki z konkretnego regionu, tylko jak historię zakorzenioną w polskiej pamięci powojennej. Lokalizacja nie jest dekoracją w tle. Ona tłumaczy bohaterów: skąd przychodzą, gdzie trafiają i dlaczego tak trudno im odpuścić dawne spory.
W filmie ważniejsza od dosłownej zgodności z mapą okazała się wiarygodność powojennego pejzażu. Dlatego plener na Dolnym Śląsku zadziałał lepiej niż „wierne” szukanie miejsc zgodnych tylko z fabułą.
Wrocław jako zaplecze produkcyjne filmu
Samo słowo „plener” często zawęża temat do pól, domów i podwórek. Tymczasem film potrzebuje także bazy technicznej. W przypadku „Samych swoich” ogromne znaczenie miał Wrocław jako ośrodek filmowy. To stąd było najłatwiej organizować ekipę, transport, przygotowanie scen i całą stronę produkcyjną.
Bliskość miasta miała znaczenie praktyczne, ale też symboliczne. Wrocław przez lata był jednym z najważniejszych punktów na mapie polskiej kinematografii, szczególnie jeśli chodzi o kino pracujące z Dolnym Śląskiem jako tłem. Dla filmu tak mocno osadzonego w realiach przesiedleń ten region był naturalnym wyborem.
Dla początkujących miłośników kina to ważna lekcja: miejsce kręcenia filmu rzadko wybiera się tylko dlatego, że „ładnie wygląda”. Liczy się cały układ: od światła i krajobrazu po drogę dojazdową dla samochodów ekipy. „Sami swoi” są dobrym przykładem produkcji, w której artystyczna decyzja i zwykła organizacja pracy poszły w parze.
Skąd biorą się pomyłki przy wskazywaniu lokalizacji
Przy tym filmie zamieszanie bierze się z kilku źródeł. Po pierwsze, sama opowieść jest tak silnie związana z Kresami, że wielu widzów automatycznie przenosi zdjęcia właśnie tam. Po drugie, pamięć o całej trylogii miesza się z pamięcią o innych miejscach kojarzonych z polską komedią i z twórczością Sylwestra Chęcińskiego. Po latach granica między „miejscem akcji” a „miejscem zdjęć” zwyczajnie się zaciera.
Do tego dochodzi jeszcze inny mechanizm: lokalna duma i turystyka filmowa. Różne miejscowości chętnie przypinają sobie łatkę „tej od znanego filmu”, czasem słusznie, czasem na wyrost. W przypadku „Samych swoich” najbezpieczniej trzymać się tego, co powtarza się najczęściej i najpewniej: Dobrzykowice oraz szerzej okolice Wrocławia.
Dobrze też pamiętać, że plener filmowy prawie nigdy nie jest jednym punktem na mapie. Nawet jeśli mówi się o jednej miejscowości, część ujęć mogła powstawać w pobliżu, na polach, drogach czy przy zabudowaniach położonych obok. To normalna praktyka, nie wyjątek.
- Miejsce akcji nie musi być miejscem zdjęć.
- Jedna filmowa wieś bywa składana z kilku lokalizacji.
- Pamięć widzów często łączy całą trylogię w jedną mapę.
Czy da się dziś zobaczyć ślady „Samych swoich” w terenie
Tak, ale bez nastawiania się na skansen zatrzymany w czasie. Dobrzykowice i okolice przez lata bardzo się zmieniły. Rozwój podwrocławskich miejscowości zrobił swoje: doszła nowa zabudowa, układ przestrzeni nie jest już taki sam, a część dawnych punktów odniesienia zniknęła albo przestała być oczywista dla widza pamiętającego film.
To jednak nie znaczy, że wyprawa śladami filmu nie ma sensu. Wprost przeciwnie. W takich miejscach najlepiej widać, jak kino zapisuje krajobraz, który później żyje własnym życiem. Czasem zostaje dom, czasem droga, czasem tylko ogólna linia pól i zabudowy. A mimo to skojarzenie działa od razu.
Najlepiej potraktować taki wyjazd nie jak polowanie na „ten jeden płot”, ale jak próbę zrozumienia, dlaczego akurat ten region pasował do opowieści o Kargulu i Pawlaku. Wtedy nawet zmieniony krajobraz staje się ciekawy. Pokazuje nie tylko film, ale też to, jak bardzo zmieniła się polska wieś od czasu premiery.
- szukać raczej krajobrazu i układu przestrzeni niż pojedynczych rekwizytów,
- pamiętać, że wiele miejsc zostało przekształconych,
- traktować wyprawę jako spotkanie z historią filmu i regionu.
Co te lokalizacje mówią o samym filmie
Najciekawsze w pytaniu o miejsce zdjęć jest to, że prowadzi ono prosto do sensu filmu. „Sami swoi” nie są przecież zwykłą komedią o zwaśnionych sąsiadach. To także opowieść o przesiedleniu, o próbie oswojenia obcego miejsca i o tym, że ludzie potrafią przenieść dawny konflikt nawet na drugi koniec kraju.
Dlatego Dolny Śląsk działa tu tak dobrze. Nie tylko „udaje” odpowiednią wieś. On niesie prawdziwe historyczne tło tej opowieści. Właśnie z tego bierze się siła filmu: śmiech jest lekki, ale pod spodem cały czas pracuje pamięć o wojnie, utracie domu i trudnym zaczynaniu od nowa.
Jeśli więc pytanie brzmi krótko — gdzie nagrywali „Samych swoich”? — odpowiedź też może być krótka: przede wszystkim w Dobrzykowicach i szerzej w okolicach Wrocławia, na Dolnym Śląsku. A jeśli pójść o krok dalej, to właśnie tam najlepiej widać, że plener filmowy nie był przypadkiem, tylko częścią sensu całej historii.
